Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

Cicho sza, idzie czwarta fala feminizmu

W latach 80. mówiono: ''Feminizm jest szkodliwy dla kobiet'', dziś dominujący przekaz brzmi: ''Feminizm krzywdzi mężczyzn''. Z Susan Faludi rozmawia Katarzyna Wężyk.

Dzisiejszy nagłówek w Daily Beast, jednym z najbardziej opiniotwórczych amerykańskich portali: ''Pożądane pokolenie: dlaczego pokolenie Y jest tak chętne do współpracy, pewne siebie i liberalne w porównaniu ze starszymi rocznikami? Podziękuj feminizmowi!''. Jest pani zaskoczona? 

- Młode kobiety, niezależnie od tego, czy nazywają się feministkami, czy nie, nie kwestionują już tak podstawowych spraw jak prawo do edukacji, równej płacy i kariery. Dziś dużo więcej kobiet niż 30 lat temu mówi: ''Zasługuję na równe szanse''. Ale czy rzeczywiście podziękowałyby feminizmowi? Wątpię.

Autorka tego tekstu twierdzi, że to zasługa ich matek: pierwszego pokolenia, które skorzystało ze zdobyczy feministycznej rewolucji. Ale w latach 80., kiedy urodziła się znaczna część pokolenia Y, nastąpił odwrót od feminizmu, co zresztą opisuje pani w ''Reakcji'' (wydana na początku lat 90. bestsellerowa ''Reakcja'' pokazuje - na licznych przykładach - jak amerykańskie media, popkultura, moda i reklama ogłosiły odwrót od feminizmu i usilnie promowały tradycyjną wizję kobiecości). 

- To prawda, ale reakcja nastąpiła właśnie z powodu realnych sukcesów feminizmu i wyraźnych sygnałów, że kobiety pragną równości. Poza tym nie wydaje mi się, żeby charakteryzujące pokolenie Y pewność siebie i poczucie, że wszystko im się należy, były zasługą lub winą feminizmu. To raczej efekt dorastania w erze Ronalda Reagana, kiedy to wszystkim wpajano, że chciwość jest dobra, że jeśli czegoś chcesz, masz po to sięgać, i że należy wyrąbać sobie drogę na szczyt, jeśli trzeba - po trupach. Ta indywidualistyczna ideologia nie ma nic wspólnego z feminizmem, którego celem jest sprawiedliwość dla wszystkich.
 
Co słyszały młode kobiety w latach 80. poza tym, że chciwość to zaleta? Na czym polegała reakcja? 

- Główne przesłanie reakcji brzmiało: ''Feminizm jest zły dla kobiet''. I był to całkiem zręcznie sformułowany atak, powtarzany do znudzenia przez wszystkie media, od dzienników, przez kobiece magazyny, do telewizji, i jeszcze wzmacniany przez reklamę, Hollywood, przemysł kosmetyczny, kreatorów mody i autorów psychologicznych poradników. Wszędzie słyszałaś: ''Skarbie, proszę cię, nie idź tą drogą, bo na niej czyhają potwory''. Weźmy bardzo popularny mit, że singielka po trzydziestce, z wyższym wykształceniem, ma większe szanse zginąć w ataku terrorystycznym, niż wyjść za mąż. Napisał o tym ''Newsweek'' - dane zresztą były wyssane z palca - a temat podchwycili wszyscy - prasa, telewizja, pojawiał się nawet w filmach. Podobnie było z teorią tak zwanego kokoningu - media trąbiły, że wykształcone, pracujące na wysokich stanowiskach kobiety masowo rezygnują z kariery i wracają do domów. Jeśli w ogóle można było mówić o takim trendzie, to pojawił się on dopiero po podobnych publikacjach i wcale nie był masowy. W latach 80. w amerykańskich mediach pojawiło się mnóstwo podobnych mitów o niezależnych i wykształconych kobietach, których smutnym przeznaczeniem były nieodmiennie staropanieństwo, bezpłodność, bieda, choroba psychiczna i ogólnie czarna rozpacz. Teorie te były zbudowane na śladowych statystycznych ''dowodach'', co zupełnie nie przeszkadzało ich popularności - racjonalna krytyka się nie przebijała.

Czy trzeciej fali feminizmu w latach 90. udało się rozprawić z reakcją, czy jej echa wciąż słychać? 

- Niestety, wiele się nie zmieniło, a w kilku kwestiach jest nawet gorzej. Atak na prawa reprodukcyjne nie dość, że przybrał na sile, to jeszcze rozszerzył się o protest nie tylko przeciw aborcji, lecz także antykoncepcji. Stanowe legislatury są bardziej niż kiedykolwiek zdominowane przez antyfeministów, którzy przepychają ustawy ograniczające prawa kobiet. Jednocześnie wiele zarzutów wobec feminizmu nadal jest powtarzanych przez media i popkulturę: wciąż prezentuje się go jako społeczną truciznę. Twierdzenie, że feminizm nas unieszczęśliwia, też jest wieczne. Niedawno na przykład media rzuciły się na wysoce wątpliwe badanie, według którego niezależne kobiety częściej czują się nieszczęśliwe. Inne badanie, sugerujące, że wykształcone kobiety rezygnują z pracy, także było szeroko komentowane - a potem się okazało, że był to statystycznie nieistotny spadek związany nie tyle z niechęcią kobiet do pracy, ile z recesją. Dziś na pewno media są dużo bardziej rozproszone, ale czy rzeczywiście dzięki temu jest lepiej, czy raczej gorzej? Owszem, każdy może założyć blog i napisać w nim, co tylko zechce. Daje to pozór pluralizmu i demokracji gwarantującej dostęp do różnorodnych punktów widzenia, ale spróbuj wpisać w wyszukiwarce ''feminizm'' albo ''feministka'', a dostaniesz ten sam cholerny zestaw co zawsze.

Brzydka, sfrustrowana, ziejąca nienawiścią do mężczyzn i pewnie lesbijka? 

- Też, ale nie tylko. W zeszłym miesiącu miałam wykład, który zaczęłam właśnie od przytoczenia wyników wyszukiwania fraz związanych z feminizmem. Wyszło przezabawnie, ale też dość przygnębiająco. Wpisałam: ''Feminizm jest martwy'', i dostałam: ''Feminizm jest martwy, twierdzą naukowcy'', ''Sarah Palin dowodzi, że tradycyjny feminizm jest martwy'', ''Donatella Versace mówi, że feminizm jest martwy'', ''Według Miss Wenezueli feminizm jest martwy''. Ale były i lepsze: ''Czy Taylor Swift to feministka?'', ''Czy Katy Perry zabiła feminizm?''. I tak bez końca. Czujesz się jak uczeń czarnoksiężnika, który stara się wynieść wiadrami wlewającą się do wieży wodę, a jej jest coraz więcej i więcej.

Czyli nic się nie zmieniło. 

- Na pewno zmieniło się jedno: w latach 80. mówiono głównie: ''Feminizm jest niedobry dla kobiet'', dziś natomiast dominujący przekaz to: ''Feminizm krzywdzi mężczyzn''. Podchwyciła to zwłaszcza prawica, która twierdzi wręcz, że feminizm poszedł na wojnę z mężczyznami. Chłopcy przegrywają - rzucają studia, nie idzie im w pracy - właśnie dlatego, że dziewczynki radzą sobie tak dobrze, że to na nich skupia się cała uwaga. I nieważne, że męskie kłopoty w pracy mają niewiele wspólnego z feminizmem, a znacznie więcej z efektami decyzji prawicowych rządów, które zlikwidowały miejsca pracy w USA.

Jednym z powodów reakcji w latach 80. było zagrożenie, jakie czuli mężczyźni w obliczu rosnącej niezależności kobiet. Dzisiaj ten lęk jest wciąż aktualny? A przecież tyle jest kobiet, które pełnią ważne, wyeksponowane funkcje, mężczyźni chyba już się powinni z tym oswoić. 

- Jest Hillary Clinton, jest Condoleezza Rice, Sarah Palin, Sheryl Sandberg, Katie Couric czy Marissa Mayer, ale kobiety sukcesu możemy policzyć na palcach, może nie jednej, ale dwóch rąk. To tylko wyjątki, które potwierdzają regułę, bo kiedy spojrzysz na to, kto w Ameryce tak naprawdę podejmuje decyzje w najważniejszych dziedzinach - polityce, biznesie, wojsku czy mediach - to zobaczysz, że kobiety stanowią tam mniej niż 15 procent. A żeby uzyskać masę krytyczną, potrzeba co najmniej 30 procent.

Amerykańscy mężczyźni pogodzili się z tym, że kobiety robią karierę zawodową? 

- Trochę. Ale też nie mieli innego wyjścia. Gospodarka nie pozwala na utrzymanie rodziny z jednej pensji, więc kobiety musiały iść do pracy i się uniezależnić. Wciąż jednak istnieje ogromna niepewność co do tego, co ta niezależność oznacza dla mężczyzn, i jeszcze większy strach, czy przez to nie staną się mniej męscy - zgodnie z tym, że im kobiety stają się silniejsze, tym oni są słabsi. Po kryzysie 2008 roku, kiedy wielu mężczyzn straciło pracę, ta tendencja jeszcze się pogorszyła. Mężczyźni zaczęli się obawiać, że przestaną być potrzebni. Bo w naszą kulturę wpisane jest przekonanie, że prawdziwy facet musi być w stanie zaopiekować się swoją kobietą, więc jeśli ta możliwość zostanie im odebrana, natychmiast pojawia się kryzys męskości.

Wydaje mi się, że cała ta debata, czy kobiety są dziś feministkami, czy nie, omija dużo głębszy problem: co feminizm oznacza dla mężczyzn? Dla kobiet feminizm nie jest jakoś szczególnie skomplikowany: chodzi o to, że jestem istotą ludzką i powinnam mieć te same prawa i obowiązki co inne istoty ludzkie. Ale dla mężczyzn pojawienie się kobiet, które są silne, niezależne i radzą sobie bez nich, oznacza poważny kryzys.

Czy to kryzys, który rykoszetem uderza w kobiety? 

- Właśnie. Kobiety nie chcą przyznawać się do feminizmu, bo się boją, że nie będą kochane. Po prostu.

Feminizm to jedyny ruch społeczny, którego członkiniom mówi się, że mogą zdobyć odbierane im dotychczas prawa, ale wyłącznie kosztem miłości. Stereotyp feministki to brzydka i wredna stara panna, która zwróciła się ku feminizmowi, bo nikt jej nie chce. To oczywiście absurd, wiele feministek nie narzekało na brak partnerów, ale obowiązujący stereotyp jest bardzo skuteczny w odstraszaniu zwłaszcza młodych kobiet od feminizmu - no bo kto chce żyć bez miłości? Weźmy za to na przykład związkową aktywistkę...
 
...zawsze może ją pokochać inny związkowiec? 

- Właśnie. Możesz stracić pracę, ale nikt ci nie powie, że jeśli zastrajkujesz, nie wyjdziesz za mąż. Podobnie jest w ruchach obrony praw mniejszości, u ekologów czy pacyfistów. Istnieje tylko jeden ruch, który wiąże się z zagrożeniem dla najważniejszych, najbardziej intymnych obszarów życia: związku, rodziny, osobistego szczęścia. Z drugiej strony dostrzegam wśród najmłodszych kobiet, studentek, sporą dozę ambiwalencji w stosunku do ideologii, która każe im wybierać między miłością a samorealizacją. Te dziewczyny są dużo bardziej skłonne do przemyślenia feminizmu na nowo i przyjęcia go niż ich starsze koleżanki. Zupełnie jakby pojawiły się zaczątki czwartej fali... Ale uważam też, że na razie samo mówienie o tym przynosi pecha i jeszcze sprawi, że to rozbudzone zainteresowanie prawami kobiet zniknie!

Czy popkultura dziś jest pro- czy antyfeministyczna? Wydaje się, że dość daleko odeszliśmy od szalonej samotnej kobiety z ''Fatalnego zauroczenia'' czy bezradnych dziewcząt ratowanych przez bohaterów kina akcji, a ostatnie lata to wręcz wysyp wojowniczych kobiet w kinie: Lisbeth Salander, Katniss Everdeen, nawet Disnejowska Merida jest waleczna. 

- Zawsze istniały superbohaterki - w latach 80. była to np. Sigourney Weaver w ''Obcym''. Niestety, ani ona, ani dzisiejsze wojowniczki nie mają wiele wspólnego z problemami prawdziwych kobiet. Podobały mi się ''Igrzyska śmierci'', ale przecież po wyjściu z kina nie zaczęłam strzelać z łuku. Podobnie z Lisbeth Salander: czego miałabym się od niej nauczyć? Superbohaterki to ładne fantazje i choć nie ma nic złego w fantazjach, wolałabym, żeby popkultura pokazywała, jak wygląda prawdziwe życie prawdziwych kobiet. To jest domena wielkiej sztuki i wielkiej literatury, a nie kreskówkowe karykatury.

Pozostając przez chwilę przy stereotypach i literaturze niezbyt wielkiej - czytała pani ''Pięćdziesiąt twarzy Greya''? 

- Kilkakrotnie zaczynałam, bo uznałam, że powinnam, skoro to taki fenomen, ale nie byłam w stanie doczytać tego do końca - to jest straszliwie nudne! Nie jest też szczególnie seksowne. Ale moim zdaniem w tej trylogii nie chodzi o seks, i to nie on przyciąga czytelniczki. To raczej fantazja konsumencka: tak naprawdę kobiety bardziej kręcą rzeczy, którymi milioner Christian obsypuje swoją kochankę. Gdyby był szeregowym pracownikiem McDonalda, nikt by tego nie czytał.

Ale tę konsumencką fantazję z elementami porno kupiło jakieś 100 milionów kobiet. Co to mówi o ich potrzebach? 

- Moim zdaniem jest to książka na recesję, a cały ten seks z odrobiną S/M to tylko wymówka. Pod spodem jest fantazja prosto z ''Pretty Woman''. Różnica polega tylko na tym, że Richard Gere nie dawał klapsów Julii Roberts. Chodzi o bogatego faceta, który się pojawia w twoim życiu i opiekuje się tobą. Żyjemy w czasach, w których górny jeden procent zebrał niewyobrażalne majątki. Jak dostać się do tego świata, jeśli sama należysz do pozostałych 99 procent? Czytając ''Pięćdziesiąt twarzy Greya'', przynajmniej w wyobraźni wydostaniesz się ze swojego kubika telemarketera czy zza kasy w supermarkecie.

Częstym argumentem przeciw feministkom jest to, że nie mają nic do zaproponowania kobietom wykonującym takie właśnie prace, że uprawiają tak zwany latte feminizm bogatych mieszkanek wielkich miast, niewystawiających nosa poza własną firmę albo uniwersytet. 

- Trudno się z tym nie zgodzić. Podstawowe kwestie - jak radzą sobie zwykłe kobiety, z czego płacą rachunki, jak wygląda opieka nad dziećmi i czy mają dostęp do służby zdrowia - rzeczywiście wypadły z feministycznej agendy. Nie mówię, że zupełnie przestałyśmy się nimi zajmować, ale to, co przebija się do mediów, to przede wszystkim ''latte feminizm''.

Dlaczego? 

- Media coraz bardziej zmieniają się w wehikuł promocji celebrytów, luksusowego stylu życia i komercyjnej kultury, więc nic dziwnego, że skupiają się głównie na bardzo wąskim kręgu najbogatszych i najsławniejszych reprezentantek - czy raczej pseudoreprezentantek - feminizmu. W miarę jak gazety tną budżety i tracą czytelników na rzecz mediów internetowych, przede wszystkim znikają artykuły o biedzie, bezrobociu i kwestiach pracowniczych. Podobnie w przypadku tekstów o feminizmie - media zajmują się opisywaniem bogatych kobiet, a nie problemami zwykłych zjadaczek chleba.

Mówi pani jak socjalistka. 

- Bo ja jestem feministką socjalistką. Nie jest nas wiele, bo wszyscy ostatnio wolą zajmować się kobietą w popkulturze albo seksualnością i oczywiście to są bardzo dobre tematy, ale gdzieś po drodze gubią się podstawowe kwestie ekonomiczne. Zanika również ta najbardziej radykalna feministyczna wizja, w której chodzi nie tyle o wzięcie sobie możliwie największego kawałka tortu czy też umieszczenie kilku kobiet na szczycie, ile o całkowitą zmianę systemu dzielenia tego tortu. Zamiast tego jednak mamy coraz więcej celebryckiego czy raczej korporacyjnego feminizmu.

Jak ostatnio w ''Lean in'', głośnej książce szefowej Facebooka Sheryl Sandberg, która radzi kobietom, żeby skuteczniej walczyły w pracy o swoje? 

- Sandberg chodzi wyłącznie o to, co zrobić, żeby niewielka grupa kobiet trafiła do zarządów korporacji - tych samych korporacji, które wykorzystują większość pracujących w nich kobiet. Do tego ''Lean in'' ma mnóstwo korporacyjnych partnerów, którzy zaangażowali się w kampanię promowania kobiecych karier. Przejrzałam listę tych firm i okazało się, że wiele z nich ma paskudne tradycje dyskryminowania kobiet, także w ciąży, i molestowania seksualnego - Walmart i Cosco procesują się nawet z pracownicami o dyskryminację płciową.

Jeśli rzeczywiście pojawi się czwarta fala feminizmu, z jakimi wyzwaniami musi się skonfrontować? 

- Najważniejszym problemem jest gospodarka, ale nie tylko w sensie zarabiania przez kobiety większych pieniędzy, lecz przede wszystkim zmniejszenia nierówności ekonomicznych. W późnych latach 60., kiedy właśnie z nowej lewicy wyrosła druga fala feminizmu, wewnątrz ruchu toczyła się wielka debata: czy najpierw powinna nastąpić rewolucja socjalistyczna, totalna zmiana społeczna, po której problem nierówności kobiet sam się rozwiąże, czy podstawową kwestią jest patriarchat, a kiedy się go pozbędziemy, inne kłopoty także znikną. Takich debat dziś w ogóle nie ma. Ja ze swojej strony uważam, że odpowiedź powinna brzmieć: walczmy z oboma wrogami jednocześnie, z nierównością ekonomiczną i z nierównością kobiet. Te dwie kwestie są ze sobą nierozerwalnie połączone, a kiedy je rozdzielasz - co zresztą ostatecznie zrobiłyśmy - dostajesz obecny konsumencki feminizm, w którym chodzi jedynie o tak zwane wyrażanie siebie przez to, co nosisz, jaką miałaś operację plastyczną, ile wart jest twój dom i tym podobne oznaki statusu.

Feminizm ''jestem tego warta''? 

- Tak. Z tym napędzanym przez rynek feminizmem łączy się przy okazji epatowanie seksualnością na zasadzie: popatrz, ile mam władzy, demonstrując własne ciało. Niestety, w tym wszystkim nikt nie kwestionuje innych nierówności, co dla mnie jest ogromną porażką także z feministycznego punktu widzenia.

Planuje pani nową książkę? 

- Tak. Będzie o związkach feminizmu z rynkiem. 
 
Źródło: www.wysokieobcasy.pl