Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

Loading

DROGA KOBIET DO PRAW!



Kodeks Napoleona. Zabory. Przypadek Dulębianki.
Przez ponad 100 lat status kobiet na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim stanowił Kodeks Napoleona, który zawierał m.in. tak restrykcyjne zapisy jak to, że zamężne kobiety nie mogły posiadać osobnych dokumentów tożsamości, nie wolno im było opuszczać wyznaczonego przez mężów miejsca zamieszkania, nie miały też prawa do wypracowanego przez siebie dochodu. Poza prawem regulującym relację małżeńską były też zapisy o tym, że nie wolno im było samodzielnie zeznawać w sądach, a ich prawa rodzicielskie mogły być ograniczone przez tzw. radę familijną, z kolei rozwód był możliwy tylko, gdy „mąż trzymał nałożnicę w domu”. W pozostałych zaborach kodeksy cywilne były nieco łagodniejsze: w pruskim kobiety miały większą zdolność do czynności prawnych i jako mężatki mogły swobodniej dysponować majątkiem. W Galicji już od 1866 r. kobiety o odpowiednim statusie majątkowym uzyskały prawo głosu w wyborach samorządowych. Jednak w Kongresówce Kodeks Napoleona był traktowany jak prawo narodowe, a jego kontynuację uważano za walkę z rusyfikacją. Dlatego obrońcy Kodeksu nie wahali się wprowadzać kolejnych dyskryminujących przepisów, jak choćby przekazanie spraw małżeńskich spod jurysdykcji sądów cywilnych do sądów kościelnych. Wiele wykształconych i aktywnych Polek, będących obywatelkami cesarstwa rosyjskiego, rezygnowało z zawierania małżeństwa, obawiając się utraty wolności osobistej.

Mimo złagodzenia w 1902 r. Kodeks Napoleona stał się symbolicznym wrogiem rodzącego się pod wszystkimi trzema zaborami ruchu kobiecego. Symbolicznie spaliły go więc w 1908 roku uczestniczki zjazdu Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich. Polki weszły na drogę walki o pełnię praw wyborczych, a nowy impuls tej walce dała decyzja parlamentu Finlandii z 1906 r. przyznająca kobietom prawa wyborcze. W 1908 r. Lwowski Związek Równouprawnienia Kobiet wysunął kandydaturę Marii Dulębianki, partnerki Marii Konopnickiej, na posła do Sejmu Krajowego Austro-Węgier. Mimo uzyskania przez nią dużego poparcia (w ogromnej większości mężczyzn!) głosy oddane na Dulębiankę zostały unieważnione, a całą sprawę władze potraktowały jak polityczną prowokację.

 

 

„Bez różnicy płci”
28 listopada 1918 roku dekretem Tymczasowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego ustanowiono, że „Wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel Państwa bez różnicy płci” oraz że: „Wybieralni do Sejmu są wszyscy obywatele/obywatelki państwa posiadający czynne prawo wyborcze”. Postanowienia te zostały utrzymane przez konstytucję marcową.

Nowoczesne prawo weszło w życie i pierwsze wybory w pozaborowej Polsce odbyły się 26 stycznia 1919 r. 10 lutego posłowie i posłanki przekroczyli progi budynku dawnego Instytutu Aleksandryjsko-Maryjskiego dla Panien przy ul. Wiejskiej w Warszawie. Tam odbyło się pierwsze posiedzenie. Wśród nich po raz pierwszy w historii Polski było osiem kobiet. Były to: Gabriela Balicka, Jadwiga Dziubińska, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Zofia Moraczewska, Anna Piasecka, Zofia Sokolnicka oraz Franciszka Wilczkowiakowa.

 

Pierwsze Posłanki
Reprezentowały niemal wszystkie partie polityczne – od socjalistów po narodową demokrację. Miały od 33 do 52 lat. Najmłodszą była Zofia Moczydłowska, nauczycielka, feminizująca aktywistka, a jednocześnie działaczka chrześcijańskiego Narodowego Zjednoczenia Ludowego. Pochodziła z Częstochowy i zapisała się w herstorii Sejmu jako autorka projektu ustawy wprowadzającej w Polsce pełną prohibicję do uchwalenia której zabrakło jednego głosu!

Anna Piasecka i Franciszka Wilczkowiakowa tylko trochę starsze pochodziły z ziemiańskich rodzin z Wielko­polski i reprezentowały chrześcijańsko-demokratyczną Narodową Partię Robotniczą. 41-letnia Zofia Sokolnicka i 48-letnia Gabriela Balicka-Iwanowska były przedstawicielkami endecji, a 40-letnia Irena Kosmowska i 45-letnia Jadwiga Dziubińska – lewicowego PSL Wyzwolenie. Kosmowska miała za sobą niezwykłe jak na tamte czasy polityczne doświadczenie: była wiceministrą w lubelskim rządzie Daszyńskiego, który jako pierwszy zadeklarował wprowadzenie pełni praw obywatelskich dla kobiet. Razem z Tomaszem Arciszewskim odpowiadała za resort pracy i spraw społecznych, jeszcze zanim Polki uzyskały prawa wyborcze. Socjalistów reprezentowała 46-letnia Zofia Moraczewska oraz najstarsza z posłanek, 52-letnia dr Justyna Budzińska-Tylicka.
Ta ostania pozostaje dla herstorycznej pamięci bardzo istotna, nie była bowiem tylko propagatorką świadomego macierzyństwa, ale także liderką owianej legendą delegacji kobiet do Marszałka Piłsudskiego. W imieniu Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet zażądały wydania dekretu o przyznaniu Polkom tych samych praw politycznych, jakie mają mężczyźni. Ich działania krakowskie zaangażowane pro-kobieco czasopismo „Na posterunku” opisało ówcześnie tak: „Mówi się o tym, że do Sejmu Ustawodawczego wybierać będą i kobiety, że nawet będą mogły być wybrane na posłów. Ale wielu jeszcze mamy przeciwników. Powiadają, że powinno być jak dawniej: niechże już wybierają robotnicy, chłopi, nawet analfabeci, ale zbrodniarzom, wariatom i kobietom głosu dać nie można. Drogie czytelniczki, w ładnym jesteśmy towarzystwie!”.

Z kolei poznański „Przegląd Katolicki” pisał: „Cokolwiek ludzie o tej sprawie równouprawnienia sądzić mogą lub sądzą, to jednakże nie ulega wątpliwości, że oddanie kobietom pełni praw obywatelskich odpowiada duchowi naszej katolickiej religii (...). Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością”. To była prawdziwa rewolucja! „Przegląd Katolicki” sprzeciwiał się bowiem takim „bolszewickim pomysłom” rządu Daszyńskiego, jak wprowadzenie świeckich szkół czy cywilnych małżeństw, ale w kwestii praw politycznych dla kobiet opowiadał się za, co dla wielu czytelników było po prostu szokiem.

Wojna „wyzwala kobiety” a „podwójna konspiracja” hartuje!

Nie wiadomo, jak długo trwałaby walka Polek o równouprawnienie, gdyby nie wybuch I wojny światowej, która wywróciła patriarchalny porządek w Europie i systemy prawne państw zaborczych. „Przegląd Katolicki” w numerze z 17 listopada 1918 r. pisał: „Wojna obecna zrównała kobietę i mężczyznę, składając na ich barki równy ciężar obowiązków i licznych trudów. We wszystkich dziedzinach życia i zawodach stanęły do pracy kobiety, zastępując mężczyzn, przebywających na polu walki. Ich pracy zawdzięczamy, żeśmy szczęśliwie przetrwali zawieruchę wojenną. Stąd też organizacje kobiece podniosły żądanie, aby wobec równych obowiązków, równe zyskały dziś prawa obywatelskie i polityczne”.

I wojna „wyzwoliła kobiety”. Nie tylko dlatego, że przetrzebiła męski ród, a to wiązało się z koniecznością przejęcia przez kobiety wielu tradycyjnie męskich ról i obowiązków, ale także dlatego, że wzięły udział w walkach na bitewnych polach. Kobiety ówczesne były zorganizowane w sposób imponujący. Na przykład w zaborze rosyjskim, gdzie już od wiosny 1913 r., w domu Franciszki Ciszkiewiczowej w Warszawie odbywały się konspiracyjne spotkania Ligi Kobiet, którą przekształcono później w Ligę Kobiet Pogotowia Wojennego – organizację, której zasługi dla odzyskania niepodległości Polski były nie mniejsze niż Legionów Polskich Piłsudskiego (z którymi zresztą Liga ściśle współpracowała). Podwójna konspiracja, jaką musiały stosować kobiety w Kongresówce – zarówno przed zaborcami, jak i mężczyznami – przyniosła w czasie wojny doskonałe efekty. Jak pisała obecna na zebraniu Ligi Maria Dąbrowska: „mimo swej kobiecości Liga Kobiet nie była gadatliwa i nieostrożna i była to zapewne jedyna organizacja tajna, która się jako taka za czasów Moskali nie wysypała”.

Podziwiał i opisywał działalność Ligii Melchior Wańkowicz. Jego uwagę zwróciła bezradność mężczyzn i kontrastująca z nią doskonała organizacja wśród kobiet. „Padły wraz z rewolucją wszystkie męskie bogi: hierarchia wojskowa, urzędnicza i handlowa, przemysłowa i wszelka. Znikł bożek dochodu i bóg kapitału. Zawalił się Olimp męski. Zabawny był mężczyzna w czasie rewolucji, usiłujący za wszelką cenę sklecić pozory autorytetu.” Pisząc o pracy kobiet w POW (Polskiej Organizacji Wojskowej) w przedmowie do książki Ignacego Ziemiańskiego podkreślił; „(…) rozbijane przez bolszewików masy uciekinierów, czasem rannych, nieraz odmrożonych, często obrabowanych z ubrania, a zawsze zgłodniałych, spływały do Mińska. Oficerowie łącznikowi i delegaci Naczelnego Komitetu Wojskowego, komisarze frontów i naczelnicy biur polskich, Rada Ziemi Mińskiej i Wydział Mobilizacyjny, Związek Polaków Wojskowych i Centralny Komitet Obywatelski, cała męska hierarchia – bylibyśmy bezsilni, gdyby nie sieć pomocy kobiecej. Po upływie tygodnia złożono nam meldunek, który nas zdumiał: 1600 żołnierza było karmione, ubrane i podzielone na dziesiątki, których adresy przedłożono nam we wzorowej ewidencji. Nad tymi dziesiątkami zapobiegliwe gospodynie ustanowiły dziesiętników. Stanowczo w te dni Mińsk znajdował się pod władzą matriarchatu.” I mimo, że zdobyte właśnie wówczas pieniądze oraz złoto i srebro - a było tego niemal 2 mln marek niemieckich i ponad 1,5 mln rubli - gen. Dowbór-Muśnicki złożył na posiedzeniu Sejmu w lutym 1919 r. na ręce marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego ani generał, ani Sejm nie podziękowali kobietom. Ani za pomoc w zdobyciu ani za ukrycie tego majątku, a był on przecież poważnym finansowym zastrzykiem dla młodego państwa.,

 

Wojenne długi II RP wobec kobiet

Wojenne zaangażowanie kobiet było istotną kartą przetargową w przyznaniu im praw wyborczych w 1918 roku. Jak ujęła to założycielka Ligi Izabella Moszczeńska pisząc, że "jakkolwiek działalność Ligi Kobiet PW nie była podyktowana żadnymi feministycznymi kalkulacjami, lecz wynikała z patriotyzmu czystej wody [..], jasną było rzeczą, że może ona stać się bardzo silną dźwignią sprawy równouprawnienia kobiet w państwie polskim".

Wańkowicz nie krył swej opinii o niesprawiedliwości wobec kobiet, pisząc: „Zajęliśmy Mińsk, rozkwieciły się ulice amarantami. Jeszcze w pierwszym dniu »baby« same stały z karodznaczenia za obronę Mińska rozdawane hojnie każdej parze portek, która zdążyła defiloabinami pod wrotami swoich składów, ale drugiego dnia usunięto je i stamtąd. Zaczęły się wiwaty, nagrody. Posypały się wać amarantowemi szaserami, już kiedy weszli Niemcy, już kiedy było bezpiecznie, już kiedy było po wszystkim. Kierowniczki pogotowia wojennego, które zebrały w ewidencję cały materiał ludzki, co pozwoliło opanować dla korpusu Dowbora ogromne zapasy rosyjskiego północno-zachodniego frontu, nie otrzymały ani odznaki ustanowionej dla obrońców Mińska, ani wstążeczki amarantowej Korpusu. Za to pierwszym pociągiem z Mińska znalazły się w Bobrujsku, by kontynuować pracę”.


O bezwzględnej eksploatacji Polek, które zgłosiły się do pracy na froncie, pisało „Na Posterunku” 10 listopada 1918 r.: „Dostają mniejszą płacę, niż było przyrzeczone, używa się do zajęć nieodpowiednich, odmawia się im płatnych urlopów, tak, że nie mogą wyjść z długów. Zarząd wojskowy oszczędza kosztem pracy i trudu kobiecego”. Jednocześnie Liga Kobiet Galicji i Śląska jako jedna z pierwszych zaapelowała do Józefa Piłsudskiego, by wysłał wojsko z odsieczą do Lwowa, gdzie trwały walki między Polakami a Ukraińcami. Miesiąc później organizacje kobiece ogłosiły, że organizują transport opłatków i kolacji wigilijnych dla obrońców Lwowa.
Melchior Wańkowicz apelował o spłacenie „wojennych długów” Polski wobec kobiet, porównując ich postawę z postawą mężczyzn, o której pisał z wyraźnym niesmakiem: „Kiedy powstała Polska Niepodległa, szły do niej długie szeregi obywateli z rachunkami: za straty, za zasługi, za to, że coś zrobili, za to, że nie psuli, za to, że mówili, za to, że milczeli, za to, że są i istnieją po prostu, za to, że walczyli i za to, że pomagali i za to, że widzieli, jak walczono, lub słyszeli. Przypomnijmy, gdzie wówczas, kiedy rejestrowano najdrobniejsze pretensje, były kobiety? W nurcie żądań, walących o młode Państwo, ich nie było. Obsiadły zwartemi masami, mrówki robocze, te nieliczne jeszcze stawidła, te tamy, które budowniczowie państwa poczęli wznosić. Już nie mówię o tych, co poszły drogą dalszych całopaleń: o Lwowie, o Śląsku, o Wilnie, o 1920 r., o wywiadzie. Wzięły sobie pewne placówki masą, bezwładem pozostałym z wojny, naporem na pracę, skromniejszymi wymaganiami. Wywołały syki głupiej męskiej zawiści, obawy przed konkurencją panów asesorów i referendarzy. Zepchnięto je poniżej ósmego stopnia służbowego, na którym są tolerowane. Dlaczego o całym szeregu urzędów wiemy, że są prowadzone przez tkwiącą na pomocniczym stanowisku kobietę, a mimo to dajemy jej raz po raz nieudolnych szefów?”.

Szczególne oburzenie publicysty wywoływał fakt, że o ile w czasach wojny od kobiet wymagano szczególnego poświęcenia i często stawiano im wymagania wyższe niż mężczyznom, o tyle czas stabilizacji i pokoju oznaczał powrót do patriarchalnych porządków i zepchnięcie na margines życia publicznego nawet tych, które wykazały się niespotykanym bohaterstwem i odwagą. Takich jak 250 opisanych w książce Ziemiańskiego działaczek Polskiej Organizacji Wojskowej na Kresach: spośród 21, które zostały odznaczone krzyżami Virtuti Militari, aż 16 otrzymało je pośmiertnie (wśród mężczyzn proporcje były odwrotne).

„Jeśli powiemy sobie, że najwyższą «karierą», jaką zrobiła dawna wywiadowczyni, jest mąż na stanowisku odpowiedzialnem, który raczy dopuszczać żonę do udziału w blasku swej chwały, to powiedzmy sobie, że niewiele się zmieniło” – zżymał się Wańkowicz. Istotnie, dopiero w 1929 r. pierwsza kobieta została mianowana sędzią, a w 1938 r. uchylono obowiązującą w autonomicznym województwie śląskim tzw. ustawę celibatową, zgodnie z którą nauczycielki były automatycznie zwalniane z pracy w przypadku zawarcia związku małżeńskiego, ponieważ zgodnie z tradycyjną rolą kobiety miały zajmować się wyłącznie wychowywaniem własnych dzieci.


 

Podsumowując, w Polsce, podobnie, jak w innych krajach, najbardziej konsekwentnym i wytrwałym rzecznikiem pełni praw politycznych dla kobiet był ruch kobiecy. Praca dziewiętnastowiecznych polskich emancypantek musiała być strategiczno koncepcyjna, działały w konspiracji i w sytuacji nieistnienia państwa polskiego. Koncept „praw bez różnicy płci” był niezwykle nowoczesny, szedł dalej niż domaganie się „równych praw”, czyli starał się przekroczyć barierę niesprawiedliwego rozróżnienia pomiędzy kobietami i mężczyznami w dostępie do praw politycznych.
Kobiety stworzyły doskonale działająca ponadzaborowa sieć, ale pierwsze wybory, które stawiają nas w awangardzie emancypacyjnych procesów społecznych w Europie i świecie, były jednocześnie dużym rozczarowaniem dla polskich sufrażystek. Komitety wyborcze umieściły je na najniższych miejscach na listach wyborczych, a liczba wybranych do Sejmu kobiet nie przekroczyła 2%. Podobnie wyglądał udział kobiet w Sejmie i w Senacie w całym międzywojniu.
Posłanki niemal zawsze znacznie wyprzedzały posłów pod względem wykształcenia. Zmieniło się to tylko w czasach Polski komunistycznej, gdy jednopartyjny ustrój przewidywał owszem 20% udział kobiet na listach, ale skreślenia były czystą fikcją, gdyż głosowało się na cała listę albo wcale i tak naprawdę nie było żadnej alternatywy. Po pierwszych częściowo wolnych wyborach w 1989 roku, w Sejmie znalazło się 13% kobiet. Liczba ta spadła do 10% w następnej kadencji, w której Sejm uchwalił restrykcyjną dla kobiet ustawę antyaborcyjną. Dopiero w wyborach w 2001 roku w wyniku ogromnego zaangażowania ruchu kobiecego we wspieranie aktywności politycznej kobiet, liczba posłanek z 13% wzrosła skokowo do 20% i utrzymywała się na tym poziomie, aż do czasu wejścia w życie w 2011 roku „ustawy kwotowej, która była zwieńczeniem głównego postulatu I Kongresu Kobiet z 2009 roku. Akt ten gwarantuje każdej z płci co najmniej 35% miejsc na listach wyborczych.

 

W tekście wykorzystano fragmenty artykułów:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1570649,1,pierwsze-poslanki-ii-rp.read
http://allearchiwum.pl/kobiety_w_polsce_miedzywojennej-342262051.html

 

http://polandwatch.typepad.com/files/28.11.2008-kobiety-zdobywaj%C4%85-sejm-1918---2008---2018-gazeta-jednodniowa.pdf.pdf

 

oraz

Polki w Sejmie 1918-2008 / [koord. Sławomira Walczewska]. - Kraków : Fund. Kobieca eFKa, [2008]. - [24] s. : fot. ; 24 cm, ISBN 978-83-915460-3-1