Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

Wybory w USA. Czy kobiety zdecydują o ich wyniku?

Dodano: 14 października 2016

Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych staje się coraz bardziej ostra. Konserwatyści, powtarzają jak mantrę, że w tych wyborach nie chodzi o Donalda Trumpa (jego lekceważący, pełen wulgarności stosunek do kobiet i ich napastowanie) tylko o ważniejsze rzeczy – o cały kraj, o naród. Odpowiedzią na to jest pełna mobilizacja kobiet i środowisk liberalnych. Jeżdżę po USA, rozmawiam z ludźmi i widzę jak bardzo są podzieleni. Ale też, jak aktywne są kobiety.  

Statystyki jasno pokazują: kobiety częściej chodzą na wybory, a teraz – gdyby zależało to tylko od nich – wybrałyby Hillary Clinton. Oczywiście, Donalda Trumpa bronią także kobiety, i to bronią zażarcie, mówiąc, że chodzi o zatrzymanie nielegalnej imigracji, o tworzenie miejsc pracy, o przywrócenie godności Ameryki. Wśród zwolenników Donalda Trumpa pojawiły się nawet pomysły, by pozbawić kobiety praw wyborczych. Dla przypomnienia: 19. poprawka do Konstytucji dała pełne prawa wyborcze – bierne i czynne - kobietom w 1920 r. Ale dopiero teraz, w 2016 r., po raz pierwszy kobieta jest najpoważniejszym kandydatem do prezydentury. I to wielu osobom się nie podoba. Bynajmniej nie chodzi tylko o to, że ponad 30 lat działa w polityce, że jest uwikłana w zależności polityczne, że skasowała służbowe emaile z prywatnego serwera, więc pewnie coś ukrywa, że wspierała męża, którego chciano usunąć z Białego Domu za romans ze stażystką. Ale dlatego że jest kobietą. – Jak kobieta mogłaby rządzić mężczyznami!? – mówi mi 45-letnia Suzanne, barmanka w hotelowej tawernie w Millersburg. – Przecież jej powinnością jest służyć, pomagać mężczyźnie – dodaje. Gdy pierwszy raz to usłyszałam, przetarłam oczy ze zdumienia. Ale powtarzają to inni. Mówią szeptem. Mówią, bo jestem zza granicy. A może dlatego, że Donald Trump dał przyzwolenie na niepoprawność polityczną?

 

Podczas drugiej debaty prezydenckiej Donald Trump powiedział wyraźnie, że nigdy nie napastował kobiet. I że to, co mówi na nagraniu z 2005 r. to tylko takie chłopięce przechwałki, takie „rozmowy w szatni sportowej“. Odezwały się więc kobiety, które były napastowane seksualnie – dwie udzieliły wywiadu dziennikowi „New York Times”, a jedna – dziennikarka magazynu „People” – sama napisała o swoim przypadku. Wszystkie opisują, jak Donald Trump bez ich zgody obłapiał je, wkładał ręce pod spódnicę, wpychał język w usta.

Trump na to, że to bzdury wyssane z palca, zapowiada pozew, atakuje dziennikarzy. Jego sztabowcy i zwolennicy wyśmiewają te kobiety, dlaczego czekały tak długo (jeden z przypadków jest sprzed 35 lat) i mówią, że to jego słowo przeciwko słowu kobiet. Nie tylko mężczyźni bagatelizują tę sprawę, także kobiety. Co ciekawe, właśnie kobiety w mediach częściej występują w obronie Trumpa, by pokazać wyborczyniom republikanów, że nie mają się czego obawiać. To pokazuje, jak wielkie w USA jest przyzwolenie na takiego typu zachowania…

 

Co więcej, kilku zwolenników Trumpa rozpoczęło dyskusję w internecie o tym, że najwyższy czas pozbawić kobiety prawa głosu! Zaczęło się od pokazania mapy, jaki byłby wynik wyborów, gdyby uwzględnić głosy tylko mężczyzn (mapa bardziej czerwona – republikańska) lub tylko kobiet (więcej granatu, czyli barw demokratów). Są stany, w których płeć nie ma znaczenia, np. Kalifornia głosuje na Demokratów, podobnie jak np. Utah – na Republikanów. Ale w innych stanach, zwłaszcza w tzw. „swing states” wygląda to inaczej. Mężczyźni w większości wolą Trumpa, kobiety – Hillary. Logiczną konsekwencją tej dyskusji było stwierdzenie, że – aby nie dopuścić do wygrania Hillary Clinton – należałoby nie pozwolić kobietom głosować. Choć brzmi to w XXI w. jak żart, jest wiele środowisk w USA, które wolałyby, by „poważne” decyzje podejmowali tylko biali mężczyźni. To ludzie, którzy mówią, że przechwałki Trumpa o jego seksualnych podbojach to mniejsze niebezpieczeństwo niż kobieta, która przejmie Biały Dom. „Lepiej łapać za waginę niż ją mieć, będąc prezydentem” – skomentował jeden z pastorów!

Odpowiedziała na to Michelle Obama, Pierwsza Dama Ameryki, w emocjonalnym przemówieniu wspierającym Hillary Clinton. Odnosząc się do nagrania z 2005 r., w którym Donald Trump opowiada, jak napastował kobietę i opisywał pogardliwie i wulgarnie ją i jej ciało, powiedziała: – Nie możemy uznawać, że tego nie było. To okrutne. Przerażające. I boli. Boli świadomość, że są wśród nas mężczyźni, którzy uważają, że mogą zrobić z kobietami wszystko co chcą. To nie jest normalne. To nie jest do zaakceptowania. Bez względu na to, którą partię wspieramy – demokratyczną czy republikańską – nie zasługujemy na takie traktowanie. Czas, byśmy powstały wszystkie i powiedziały: „Dość!” My kobiety mamy możliwość zmienienia tego. Musimy podwinąć rękawy i zabrać się do roboty. Głosujmy i namawiajmy do głosowania – apelowała.

 

Lokalne sztaby Demokratów przyjmują rzesze wolontariuszek i wolontariuszy. Dzwonią do zarejestrowanych przed laty wyborców swojej partii, by przypomnieć o wyborach, chodzą po sąsiadach, od drzwi do drzwi, namawiając na głosowanie na Hillary Clinton – z jej doświadczeniem i wiedzą jest osoba najbardziej wykwalifikowaną do stanowiska prezydenta – przekonują. Roznoszą ulotki, ustawiają bannery. Ich praca zakończy się dopiero w dniu wyborów.

Dziś ogólnokrajowa średnia z kilku sondaży pokazuje przewagę Hillary Clinton (47 proc.) nad Donaldem Trumpem (40 proc.). Wśród kobiet ta przewaga jest większa. Wszystko wskazuje na to, że to kobiety mogą rozstrzygnąć wynik wyborów prezydenckich w USA.

Dorota Warakomska, która obserwuje wybory z bliska. 

Jej bezpośrednia korespondencja z USA.