Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

PIOTR PACEWICZ: DONOS NA MĘSKIEGO LENIA

Dodano: 20 czerwca 2013

Kobiety stają się aktywne zawodowo i mają wiele różnych aspiracji w polityce, w firmach, w mediach. Co mężczyźni tracą, a co zyskują w tym zmieniającym się świecie? – pyta Dorota Warakomska. Czy czują utratę władzy? Co się traci, co zyskuje na partnerstwie? – dręczy mnie jako przedstawiciela męskiego rodu na Kongresie Kobiet.

 

Nim odpowiem, cofnę się o krok, do samej podstawy codziennego życia, bo wszelką uczciwą rozmowę o sytuacji mężczyzn i kobiet trzeba zacząć od tego, co dzieje się w domu. I tu nasuwa się zgoła inne niż partnerstwo słowo – wyzysk.

 

Praca zawodowa zajmuje Polkom średnio prawie 41 godzin, z dojazdami 44 (tak to się liczy w UE w badaniach tzw. Working Conditions). Zawodowe obciążenie kobiet jest nieco mniejsze niż mężczyzn (48 godzin), ale w domu pracują 29 godzin, w tym na dzieci poświęcają 13, a mężczyźni tylko osiem. Łączny czas pracy – płatnej i nieodpłatnej – kobiet sięga więc 73 godzin, mężczyzn – tylko 56 godzin!

 

17 godzin różnicy tygodniowo! W tym ekstra wolnym czasie facet może sobie obejrzeć dziesięć meczów piłkarskich, licząc z przerwą na wypicie piwka, by odreagować stres kibica. 


17 godzin. Statystyczna Polka mogłaby sobie: pójść do kina, poćwiczyć cztery razy po trzy kwadranse, co zalecają lekarze, zaliczyć fryzjera, przeczytać całkiem grubą książkę, codziennie spać o 40 minut dłużej i jeszcze by zostało.
17 godzin, prawie pół etatu. 
17 godzin tygodniowo daje rocznie sześć tygodni.

 

I to jesTo jest ten prawdziwy polski urlop ojcowski – od własnej rodziny.

 

Dlatego Polki są przemęczone. Niewyspane. Żyją w wiecznym biegu.
Kiedyś tak było wszędzie, a w krajach europejskiego Południa dysproporcja jest jeszcze większa niż u nas i zbliża się do wzorów afrykańskich: mężczyźni poświęcają na dom i dzieci prawie pięć razy mniej czasu niż kobiety! Jest to jeden z powodów, dla których Włoszki czy Hiszpanki, podobnie jak Polki, nie chcą rodzić dzieci.

 

Może więc lepiej zerkać na Północ? Kraje skandynawskie – także w tej dziedzinie – przynoszą pewną nadzieję, że kapitalizm może mieć ludzką twarz. W Szwecji różnica między pracą, płatną i nieodpłatną, kobiet i mężczyzn spadła do siedmiu godzin. Szwed poświęca rodzinie półtora raza więcej czasu niż Polak.


Szwedki pracują w biurach czy firmach zdecydowanie krócej niż Polki. Tu kryje się tajemnica rosnącego zatrudnienia kobiet wraz z kolejnymi dziećmi, co w Polsce budzi zdumienie, a tam wydaje się całkiem normalne: dlaczego tylko mężczyźni mają się wraz z upływem lat coraz lepiej mościć na rynku pracy?

 

Patriarchat w polskim domu to nie tyle władza, co ordynarne lenistwo, jak na słynnym obrazie Petera Breughla, gdzie w ciężkim śnie pogrążeni są sami faceci.

 

Tyle że w Krainie lenistwa jajka czy kotlety same trafiają do męskiej gąbki, a u nas podają je kobiece rączki, które w dowód wdzięczności Polacy obsypują pocałunkami.

 

Ojciec Polak leży oczywiście nie na trawie (jeszcze by złapał wilka), tylko na kanapie. Jeśli nie śpi, ma na ogół pretensje do świata i do żony. Właściwie czemu, skoro ma generalnie labę: podany obiad, wyprane gacie i zaopiekowane dziecko? Czemu tak często mowa o kryzysie męskości? O kryzysie kobiecości nie słychać, może i na to brakuje kobietom czasu? 

 

Oczywiście: faceci też są przemęczeni, bo w firmach i korporacjach pracuje się dziś absurdalnie dużo, w rywalizacji i napięciu, ale to chyba nie daje im prawa do domowego wyzysku żon/partnerek.  Kryzys męskości, nad którym się tu pastwię, ma na szczęście także wymiar pozytywny: rozpowszechnia się świadomość, że coś tu jest chyba nie tak. Jakby po domu snuło się romantyczne małżeństwo intelektualistów sprzed półtora wieku, chudy John Stuart Mill i natchniona Harriet Taylor i szeptali po kątach: „podporządkowanie jednej płci drugiej jest złe samo w sobie i stanowi jedną z głównych przeszkód rozwoju ludzkości”.

 

Nawet bez czytania Poddaństwa kobiet coraz więcej Polaków jest za „partnerstwem”, w którym on i ona pracują i są na równi obciążeni domem. Tak uważa 57 procent kobiet. A także 41 proc. mężczyzn (CBOS, 2012). I te liczby systematycznie rosną. Ogólne postawy w małym jeszcze stopniu przekładają się na zachowania. Wciąż można na przykład usłyszeć, nawet od tzw. mężczyzn postępowych, że ojciec powinien wkroczyć do akcji (wychowawczej), gdy dziecko ma, powiedzmy, pięć lat. Powinien je wtedy – mój ulubiony przykład – zabrać w góry! Przeżyć męską przygodę (w zasadzie chyba tylko z synem?). Wielu terapeutów, z Wojtkiem Eichelbergerem na czele, poświęca masę uwagi receptom na „załamanie procesu przekazu pozytywnego wzorca męskości pomiędzy ojcem a synem”.

 

Coraz częściej, nie tylko u facetów po rozwodzie, słyszymy płacz za dzieckiem. Stoi za tym lęk przed powtórzeniem figury ojca jako obcego w domu. W „Gazetowym” cyklu „Powrót taty” redakcję zalały męskie opowieści o ojcu, którego nie było. Który zdradził, który opuścił. Sondaże i tutaj są mordercze. „Do kogo się zwracasz, gdy masz problemy?” – zapytaliśmy. Do żony/męża – odpowiedziało 39 proc., do matki – 22, do przyjaciół – 14, rodzeństwa – 13, kogoś innego z rodziny – 7. Ojca wskazało – 3 (trzy!) proc. badanych. 

 

Sytuacja mężczyzn, choć na pozór komfortowa, robi się rozpaczliwa. Domowe lenistwo prowadzi do obcości we własnym domu. Tak można spojrzeć na bohatera słynnej Hańby J. M. Coetzee’ego, który – że tak powiem – spadł ze ścieżki kariery. Próbuje odbudować relację z dorosłą córką i przy okazji pomóc jej w nieszczęściu. „Moje dziecko – woła, wyciągając do niej ręce. Widząc, że córka nie ma zamiaru podejść, odkłada koc, wstaje i bierze ją w ramiona. W jego objęciach jest sztywna jak słup, nieugięta”.

 

Jak śpiewa Waglewski, „męska muzyka, ni więcej, ni mniej, jest rodzaju żeńskiego i kobiety mnóstwo w niej”. Usłyszeć tę muzykę najłatwiej – rada dość trywialna – biorąc się za tzw. kobiece zajęcia. Łatwo odkryć przyjemność zabawy, przytulania, zapachu małego dziecka, spania całą rodziną w jednym łóżku, a także rozmowy, czyli słuchania, na początek nawet głupiego „a-guu”. Być z nimi naprawdę od początku.

 

Najlepiej to „od początku” zrozumieć dosłownie. W akcji „Rodzić po ludzku” skutecznie namówiliśmy parę milionów (!)ojców na udział w porodzie. Dla wielu z nich było to zajrzenie za zasłonę przestrzeni zarezerwowanej dla relacji kobieta-dziecko, dotknięcie tajemnicy narodzin, którą medycyna, zwłaszcza w wydaniu PRL, próbowała zabić. Niektórzy wykorzystali to doświadczenie do budowania prawdziwej relacji z partnerką i dzieckiem.

 

Będąc z dzieckiem od początku i naprawdę, dostaniesz za to wypłatę. Nauczysz się dostrzegać, że nie ma niczego tak ciekawego, pięknego i zaskakującego, jak rozwój dzieci. W moim związku z Alicją nawzajem się tego uczyliśmy, wspierając się w kryzysach i nieszczęściach, które na nas spadały, bez końca dyskutując o granicach, które trzeba lub nie stawiać naszym synom i wspierając się mądrą radą: „poczekajmy, aż im to przejdzie”, przy czym Alicja była bardziej od „granic”, a ja od „poczekania”. 

 

Wypłata za rodzicielstwo szczególnie się liczy na stare lata, gdy grozi ci samotność. Kiedyś syn zasypywał cię pytaniami. Teraz ty chcesz wiedzieć, co u niego słychać. Słuchasz, jak ci powierza swoje rozterki, serce ci topnieje i mówisz: „Tak, skarbie, dasz radę”. Do zagospodarowania jest też inna „kobieca działka” – opieka nad starymi rodzicami. Odpowiedzią będzie ich wdzięczność i odzyskanie utraconej relacji. I egzystencjalna klamra, gdy myjesz własnego ojca lub poisz z kubeczka matkę.

 

Patriarchat się zużył, utracił kulturowy powab klarownego podziału na myśliwego, który strudzony wraca z polowania, i wiernej małżonki, która przyrządza strawę. Teraz polują oboje, więc i warzyć powinni razem. Akurat tu statystyki pokazują na szczęście, że coraz więcej par w Polsce razem gotuje, niektórzy nawet pieką chleb.

 

Przedstawiając tzw. męski punkt widzenia, czuję się tutaj źle obsadzony. Pierre Bourdieu pisał, że „męskość jest pojęciem skonstruowanym dla innych mężczyzn, ale przeciw kobiecości – przeciw lękowi wzbudzanemu przez kobiecość odnajdywaną w samym sobie”.

 

Zawsze wolałem rozmawiać z dziewczynami i kobietami, w szkole koledzy próbowali mnie nawet nawracać na chłopięcość, a bracia Tańscy, niech im boginie wybaczą, tłukli mnie po szkole workami. Moje życie zdecydowało się w grudniu 1981, gdy do „Tygodnika Mazowsze” wciągnęła mnie Anna Bikont, dziennikarka i pisarka. Jak całym podziemiem, rządziły w nim kobiety, z Heleną Łuczywo na czele. Głupio mi, że po odejściu Heleny „Wyborczą” kierują już sami faceci.

 

Wydaje mi się też, że kobiety wolą mężczyzn… mniej męskich. Wysłuchałem wielu skarg na naszą tępotę emocjonalną, poczucie wyższości zmieszane z histeryczną potrzebą waszego podziwu, egocentryzm w domu, w dyskusji publicznej, a także w intymnej rozmowie, jaką jest seks.

 

Tymi wyznaniami chcę – jako żywo – zachęcić mężczyzn, by nie trzymali się kurczowo „męskości”, i kobiety, by im w tym pomogły. Zwłaszcza że, jak mówi Ann Snitow, słynna feministka z Nowego Jorku, „to nie jest gra zero-jedynkowa, w której kobiety mają zyskać, a mężczyźni stracić. Potrzebna jest współpraca mężczyzn i kobiet w urządzaniu świata na nowo”. Snitow mówi o posłuszeństwie kobiet, że jest jak „blizna, która została na duszy, w wyniku uszkodzenia wolności i godności”.

 

Ale jak tu się sprzeciwić? W tej wojnie o czas, która się toczy w każdym związku, doradzałbym na początek banał. Matka Polka, która idzie pobiegać, na jogę albo do kina, dokonuje aktu rewolucyjnego. „Kosztem dzieci i męża” robi coś tylko dla siebie. Rodzina odkrywa, że nawet ona ma ludzkie prawa.

 

Jest też rzecz delikatna, druga strona medalu. Mężczyźni skarżą się, że kobiety zawłaszczają sferę wychowania dzieci. Łączy się z tym matkopolski neurotyczny standard opieki: żeby dziecko aby nie zmarzło, jeszcze więcej zjadło, zaliczyło test, miało lepszą sukienkę na komunię... Jedyne w swoim rodzaju świadectwo daje nam tu Anna Grodzka (w wywiadzie, jakiego mi udzieliła, zanim została sławną polityczką). Anna wspominała czasy, gdy występowała jeszcze w roli ojca: – Zazdrościłam żonie, że to ona jest matką Bartusia. Zostałam zepchnięta na margines. Wszystko, na co możesz liczyć, to proszę bardzo, dziecko ubrane, buzia posmarowana, weź wózek i idź na spacer. Tylko uważaj, żeby go nie przeziębić i wracaj, ja gotuję zupkę.

 

Może wiec trochę odpuścić i dopuścić tych nieodpowiedzialnych typków? Rozluźnienie gorsetu genderowych ról pomoże stworzyć związek zgodny z marzeniem Johna Stuarta i Harriet, by „rodzina zbudowana na sprawiedliwości stała się najlepszą szkołą ćwiczenia cnoty wolności”.

 

Niestety rząd, z ministrem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem na czele, wbrew samochwalstwu tego konserwatywnego 32-latka, nie poszedł tą drogą. Wprowadzając urlopy rodzicielskie, zlekceważył postulaty Kongresu Kobiet, a także „Wyborczej” i Instytutu Spraw Publicznych. Nie przeznaczył ani kawałka urlopu dla ojca i nakazał wykorzystać go w całości w pierwszym roku życia dziecka.

 

W dodatku dzieci z tego nie będzie, bo dziś kobiety rodzą, gdy czują się bezpieczne w pracy, a nie udomowione.

 

Hasło „Zbudujemy drugą Szwecję” czeka więc na mądrzejszego ministra, który skorzysta z nauk o równości ambasadora Staffana Herrströma, słusznie nagrodzonego przez ostatni Kongres Kobiet. Szwedzkiego ambasadora musimy jednak lojalnie ostrzec, że to bliskie jego sercu hasło niesie niebezpieczeństwo… dla Szwecji. Kiedy w 1980 r. Lech Wałęsa zapowiadał, że Polska zbuduje drugą Japonię, Japonia popadła w ciężką stagnację. Kiedy Donald Tusk zapowiedział drugą Irlandię, w Irlandii wybuchł kryzys.

 

Jest to wystąpienie Piotra Pacewicza na V Kongresie Kobiet.