Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

KONKURS "MÓJ KONGRES KOBIET" ROZSTRZYGNIĘTY!

Dodano: 25 czerwca 2013

Ogłaszając konkurs "Mój Kongres Kobiet", chciałyśmy zebrać wspomnienia z Waszego udziału w Kongresach Kobiet. Jego piąta, jubileuszowa edycja była do tego świetnym pretekstem. Dziękujemy za wszystkie listy i e-maile! 

Zwyciężczynią konkursu "Mój Kongres Kobiet" została Pani Magdalena Poulain. 

I

Pierwszy był trzeci, Europejski. Pojechałam z desperacji. 50+. Niby stabilizacja, ale podszyta… rozczarowaniem. Życiowo to już raczej z górki. Marzenia odkładane na „nigdy później”. Bo dziecko, bo dom, bo kredyt, bo ten strach przed zwolnieniem z pracy i co wtedy. O trzeciej nad ranem lęk. Czy to już wszystko? Wyżej nie podskoczę? Więcej nie zdobędę? Nieprzyjemny ścisk w gardle, a przecież miały być motyle w brzuchu.

Więc pojechałam. Sama. Ciekawa, jak to czują inne. 50+. Wcześniej w Internecie znalazłam właściwe panele, zapisałam się na dyskusje. Dostałam adrenalinowego kopa .W myślach przygotowywałam swoje błyskotliwe wystąpienia, ostre riposty, inteligentne pointy. W kostiumie bizneswoman z identyfikatorem Kongresu czułam się jak gwiazda na wysokich obcasach.

Otwarcia już nie pamiętam. W foyer Sali Kongresowej otarłam się o Krystynę Jandę, Henrykę Bochniarz, Magdalenę Środę, Janinę Paradowską i Jolantę Kwaśniewską. Fajnie. Energetycznie. Inaczej. Urosłam. Byłam z siebie dumna. Teraz tylko zabiorę głos, powiem co mam do powiedzenia i ... Może sukces? Ktoś mnie zauważy, poprze, odpowie…

Pierwsza dyskusja wbiła mnie w fotel. Dosłownie. Temat - coś o poczuciu własnej wartości, kobieca solidarność i takie tam. Ganderowy klasyk. W sumie dla tej opowieści nieważne. To znaczy ważne i ciekawe, ale nieistotne dla moich emocji. Bo te, pod wpływem kolejnych wypowiedzi pań, zaczęły po prostu wariować.

Byłam w szoku. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu tak mądrych, elokwentnych, z takim wdziękiem argumentujących swoje racje kobiet szczelnie wypełniających każdy metr kwadratowy sali. Nie słyszałam tylu odkrywczych myśli. Każda wypowiedź była perełką. Miała styl, kompozycję, suspens i… konkrety. Czegoś ważnego dotyczyła. Poruszała. Mnie poruszała. Oburzałam się wraz z paniami na niesprawiedliwość i dyskryminację. Walczyłam z nimi o parytety. Zagryzałam pięści z bezsilności. Płakałam nad rozbitym małżeństwem dziewczyny z Fundacji Kilimandżaro. Zdobywałam z nią szczyt Ararat. Popierałam wychodzące z cienia żony dyplomatów. Mieszałam z nimi polski bigos w Brukseli i zakładałam stowarzyszenia. Wraz z młodą matką po trzech fakultetach i z pięcioma językami rozbijałam szklany sufit. Zakładałam osiedlowe żłobki i domy dziennego pobytu dla nieuleczalnie chorych seniorów.

Za panią Katarzyną, psycholożką ze „Zwierciadła” wierzyłam, że chcieć to móc i że wszystko zaczyna się w głowie. Tylko... Ja właśnie w mojej głowie kurczyłam się do rozmiarów gapowatej zakompleksionej prowincjuszki.

Co ja sobie myślałam przyjeżdżając tu z tymi swoimi problemikami? Że kogoś zainteresuję? Urzeknę? Wzruszę nieciekawą historią o życiowo zapuszczonej 50+ z pretensjami do wielkiego świata?

To była bolesna lekcja. Prysznic więcej niż lodowaty. A potem gonitwa myśli i samobiczowanie. Kiedy przestałam nad sobą pracować, uczyć się i rozwijać? W którym momencie zrezygnowałam z ciekawości świata? Dlaczego wybrałam bezpieczną, bo stałą, kierowniczą posadkę, zamiast ryzykownych, ale ambitniejszych wyzwań? Żadnych usprawiedliwień. Ale, ale… Przecież wszystko mogę zacząć od nowa. 50+ to najlepszy wiek na zmianę!

Druga kongresowa dyskusja dotyczyła przedsiębiorczości „dojrzałych”. Czyżby znak? Wokół zobaczyłam wyłącznie starsze panie. Z całej Polski. W masie trochę niemodne, nerwowo poszukujące okularów. Poszarzałe, wystraszone i smutne. Nie sądziłam, że właśnie tu spotkam swoją bohaterkę. Przyjechała skądś. Chyba z Podlasia. Długo milczała, ale było widać, że zabierze głos, tylko czeka na odpowiedni moment. W końcu wstała, by opowiedzieć swoją historię.

Najpierw miała wszystko. Dom, stałą dobrą pracę, plany na miarę czasów gospodarczego boomu przełomu wieków. Kryzys zredukował każdy z tych elementów do zera. Szukając wsparcia przyjechała na Kongres Kobiet, ten pierwszy. Uzyskane wówczas dobre rady skrupulatnie wcieliła w życie. I udało się. Z finansowego dna wyszła w ciągu kilkunastu miesięcy. Dzięki podpowiedziom i wsparciu specjalistek poznanych na Kongresie jej mała, nowo utworzona firma wstrzeliła się w rynkową niszę odnosząc sukces. W ten sposób moja bohaterka została panią swojego losu. Teraz przyjechała do Warszawy, by spłacić symbolicznie dług dodając odwagi innym. Patrzyłam na nią z mieszaniną podziwu i zazdrości. W myślach widziałam się na jej miejscu.

II

Wszystko zaczyna się w głowie mówiła pani Katarzyna, psycholożka ze „Zwierciadła”.

To prawda. Na swój drugi Kongres Kobiet (czyli ogólnie czwarty), pojechałam z entuzjazmem, chociaż już jako… kobieta po przejściach.

Likwidacja kilkunastoosobowego oddziału dużej korporacji trwała niespełna godzinę. znano nas za zawodowe trupy, przeżytki generujące koszty. Wszystko odbyło się jak w kiepskim serialu: wypowiedzenie, presja, szary karton na spakowanie rzeczy, które zgromadziliśmy przez ostatnich 20 lat. Potem uciekające spojrzenia, jakiś wstyd. Bez klasy i sensu, ale chyba podświadomie czekałam na to postawienie pod ścianą. Taki ostry wykop. Teraz już nic nie usprawiedliwiało mojej życiowej bezczynności. Czas na zmianę. Pomyślałam o swojej bohaterce. Jej magicznym błysku w oku, który miała mówiąc o zwątpieniu, nawet rozpaczy, a potem o smaku wygranej i wielkiej satysfakcji. Skoro ona potrafiła, to…

Zaczęłam szukać inspiracji. Kobiet, którym się taka życiowa i zawodowa wolta w wieku dojrzałym udała. Poznałam trzy. 

Najstarsza, Anna zerwała z wygodnym, ale toksycznym życiem z powodu choroby. Po kilku latach medytacji, podróży i ćwiczeń odnalazła się w… jodze, a przy okazji zbudowała dzięki niej nowy, dobrze prosperujący biznes.

Najwrażliwsza Monika odeszła z pracy, by pomóc swojej nastoletniej córce. Siedząc w domu przypomniała sobie o dawnych kulinarnych fascynacjach, założyła cukierniczy blog i dziś jest jedną z najpopularniejszych producentek słodkich dzieł sztuki.

Ostatnia z nich, Violetta przez rok zmagała się z depresją, by w końcu wykorzystać organizacyjne i pedagogiczne talenty do budowy akwizycyjnej sieci sprzedaży. Zmieniła w swoim życiu wszystko oprócz męża dyskretnie wspierającego jej najbardziej  szalone pomysły.

Wszystkie nazywały siebie kobietami sukcesu, choć niekoniecznie myślały o spektakularnych sukcesach finansowych. One po prostu wygrały swoje życie. W tych opowieściach powtarzały się jeszcze dwa podobne elementy – każda robiła bezinteresownie wiele dla innych i nie przestawała się uczyć.

To były dobre wskazówki. Zaczęłam nad sobą pracować. Zdobywać nowe umiejętności, wiedzę. Stawiać cele duże i małe. Odnajdywać priorytety. Wyznaczać terminy. Pewniej bronić swoich racji. Mówić odważniej: „umiem” zamiast „spróbuję”, „proszę” zamiast „przepraszam” i używać najtrudniejszego ze słów „nie”. Poszłam na szkolenia. Nauczyłam się przeglądać w oczach innych, wyciągać wnioski z porażek, dziękować za krytykę, cieszyć z pochwał. Tak, jestem tego warta.

Przy okazji zauważyłam też innych - słabszych, zagubionych. Mogłam im coś dać. Empatyczny uśmiech zrozumienia, ale coraz częściej konkretną pomoc. Nieoczekiwanie ktoś zaczął mnie potrzebować, a moje życie nabierało głębszego sensu. Dostałam skrzydeł. Dobro wraca? Może?

III

Jesienią wygrałam pierwszy w życiu zawodowy konkurs. Dotyczył osób starszych, głównie kobiet.  Był mały, trwał pół roku, ale dla mnie największy. Ja, dotąd zawsze raczej bohaterka drugiego czy trzeciego planu, nagle dostałam główną rolę. Zgrać ją pomogła mi… kobieta. Nowoczesna niezależna, z tych co o świecie myślą w arkuszu kalkulacyjnym excel. Moje romantyczne uniesienia humanisty sprowadziła do „winien ma”. Nauczyła czytać rzeczywistość nie dyskutując z faktami. Przez następne kilka miesięcy dosłownie codziennie robiłam coś „pierwszy raz w życiu”. I… udało się. Swój debiutancki projekt zamknęłam mając wielką satysfakcję i od razu nowe pomysły. Do drugiego mogłam już wpisać dwie inne dziewczyny. Też dać komuś szansę i, mam nadzieję, zarazić entuzjazmem.

Teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Że nie wolno rezygnować. Że trzeba mierzyć wysoko, bo tylko wówczas zdobędzie się wszystko. Zbudowałam od nowa własną sieć kontaktów i nie jestem już sama. Na bazie dawnych umiejętności wykształciłam nowe, bardziej przystające do współczesności. Choć nie stoję jeszcze mocno na nogach, a szczyt daleko, mam wiarę, odwagę i ambicje.

IV

Jadę na swój trzeci Kongres. Może spotkam tam swoją bohaterkę i jej podziękuję. A może sama opowiem swoją historię, by spłacić symbolicznie dług i dodać odwagi innym. 50+ to najlepszy wiek na zmianę!

Magdalena Poulain