Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

Jesteśmy silne, gdy działamy razem

Dodano: 16 czerwca 2016

Pani profesor, co Pani zdaniem jest najbardziej niepokojące w obecnej sytuacji politycznej?

Najbardziej niepokojące nie są pojedyncze decyzje podejmowane przez rząd, ale cały kompleks zdarzeń. Sytuacja jest bardzo niebezpieczna, bo mamy do czynienia z rozmontowywaniem państwa prawa. Próbuje się teraz w Polsce stwarzać wrażenie, że PiS poparła większośc wyborców i to legitymizuje każdą jego decyzję, nawet antyprawną, antykonstytucyjną. To nieprawda, że większość społeczeństwa, "suwerena" – jak mówi PiS – wybrała tę partię. Wybrała ich duża część głosujących, ale z obliczeń politologów wynika, że jedynie 19 procent uprawnionych do głosowania było za PiS. To na pewno nie jest większość obywatelek i obywateli i nie daje żadnej legitymacji do tego, żeby zmieniać ustrój konstytucyjny, który – trzeba to ciągle przypominać – wraz z konstytucją został zatwierdzony w referendum. Jasno widać, że właśnie PiS woli suwerena nie szanuje i dąży do stworzenia  sytuacji, w której to nie suweren, ale jedna partia sprawuje całkowitą władzę i w tej jednej partii sprawuje ją jeden człowiek. To bardzo przypomina czasy PRL-owskie, gdy była jedna partia i jeden pierwszy sekretarz i to od nich zależał los państwa i obywateli, w tym zakres wolności, poszanowania praw człowieka, także sytuacja i prawa  kobiet. Zaburzenie  trójpodziału władzy spowoduje, że my, jako obywatelki i obywatele nie będziemy miały gdzie się zwrócić w obronie naszych praw, także tych, które zatwierdziłyśmy w referendum konstytucyjnym. Teraz wszyscy jesteśmy zagrożeni.

W 2014 r. objęła Pani stanowisko pełnomocniczki rządu do spraw równego traktowania. Opowiadając wówczas o sytuacji w Polsce mówiła Pani, że "świat na nas patrzy". Co świat teraz widzi, gdy na nas patrzy?

Świat niestety teraz ocenia nas gorzej niż jakiś czas temu. Kiedy jako pełnomocniczka jeździłam za granicę, miałam poczucie, że inne kraje doceniają, że nam tak bardzo na sercu leży sprawa równości, ochrony słabszych czy sprawy antydyskryminacyjne. Polska była świetnie oceniana, jako kraj, który dobrze przeszedł przez transformację, którego nie dotknął kryzys. Byliśmy stawiani jako wzór. Teraz świat na nas patrzy i myślę, że przede wszystkim jest zaskoczony brakiem reakcji władz państwowych na nacjonalistyczne wystąpienia ONRu. Rzecznik Praw Obywatelskich spotykał się ze studentami Erasmusa, bo były takie przypadki, że studenci o innym kolorze skóry z Francji czy Turcji byli ofiarami agresji słownej i fizycznej. Jeśli ludzie z innych krajów zaczną się nas bać, to może nas to bardzo oddalić od świata. Oczywiście, teraz wiele krajów w Europie odnotowuje skręt na prawo. Mówi się o Austrii, Francji, ale nawet w Skandynawii ruchy prawicowe cieszą się większą popularnością niż kiedyś. My, obok Węgier, jesteśmy teraz takim niedobrym punktem odniesienia. Wystarczy włączyć CNN, żeby zobaczyć, że jesteśmy wskazywani jako punkt na mapie, gdzie te nastroje nacjonalistyczne, ksenofobiczne narastają. W każdym kraju, w Polsce także, zawsze zdarzały się akty wandalizmu czy chuligaństwa. Natomiast najniebezpieczniejsze jest to, że teraz u nas nie ma na to reakcji władzy, a jeśli nie ma zdecydowanej niezgody na tego typu zachowania, jeśli się ich nie piętnuje i nie karze, to robi się to niebezpieczne, bo taka postawa polityków staje się zachętą i pochwałą. To jest niesłychanie niepokojące, bo  prowadzi do eskalacji takich zachowań. Jest także zaprzeczeniem wartości, które kojarzą się z cywilizacją europejską, czyli właśnie z ochroną słabych, zwalczaniem nienawiści. Mnie zawsze, kiedy słyszę o tego typu aktach nienawiści zastanawia, jak niską trzeba mieć samoocenę, żeby atakować kogoś z powodu, który zupełnie nie jest naszą zasługą. Czy to bowiem za naszą sprawą urodziliśmy się biali i mieszkamy w centrum Europy? Oczywiście, że nie. To nie jest nasze osiągnięcie. Prześladowanie za pochodzenie to dowód na to, że sami  atakujący są słabi, mają problemy ze swoją tożsamością, samooceną i muszą budować poczucie wyższości na tym, że są meżczyznami, że są biali.

Jest Pani jedną z liderek Kongresu Kobiet. Jakie cele stoją przed Kongresem teraz, w tak trudnej sytuacji politycznej?

Sprawą kluczową takich organizacji jak Kongres Kobiet jest dążenie do tego, aby kobiety i mężczyźni byli równoprawni i żeby jak najwięcej decyzji było pozostawione indywidualnemu wyborowi. Ten cel się nie zmienia. Wszystkie wiemy, że PiS był w opozycji do wszystkiego, co postulował Kongres Kobiet. Nie zgadzał się na ustawę kwotową, występował przeciwko ratyfikacji konwencji antyprzemocowej, wolności praw reprodukcyjnych. Teraz, jako członkinie Kongresu, musimy znowu apelować do wszystkich polityków, żeby pamiętali o nas, o naszych prawach. Zwracamy się do różnych polityków, ale odzewu ze strony obecnie rządzących nie ma. W tej chwili politycy rządzący w ogóle nie starają się zrozumieć różnych grup społecznych. Kobiety nie są więc w jakiejś wyjątkowej sytuacji. To na pewno nie oznacza, że mamy przestać działać. Przeciwnie. Jednoczenie się kobiet, wspólne działania to jest teraz sprawa kluczowa. Dopóki byłyśmy zatomizowane i nie było przyzwolenia na wspólne działanie, byłyśmy słabsze. Takie organizacje jak Kongres  pozwalają odkryć, że jest wiele kobiet, które mówią takim samym głosem, że chodzi o to, żebyśmy same mogły o sobie stanowić, żeby to nie mężczyźni, nie politycy o nas decydowali. Najgorsze, co by się mogło zdarzyć, to bierność i marazm, przyzwolenie na to, żeby sprawy "działy się same". W demokracji jest oczywiste, że raz jedni rządzą, raz drudzy, natomiast od tego jesteśmy społeczeństwem obywatelskim, żebyśmy się nie wycofali ze spraw dla nas najważniejszych – a dla Kongresu Kobiet jest to równość płci, poszanowanie prawa i demokratycznych zasad rządzenia. Najtrudniej mają oczywiście kobiety z małych środowisk. W badaniach nad polityką regionalną bardzo wyraźnie widać, że kobiety ze wsi i małych miasteczek są bardzo zindywidualizowane, że trudniej im budować wspólnotę kobiet. Mężczyznom jest łatwiej, bo to oni chodzą do punktów skupu, tworzą grupy chociażby pod sklepami i to są niby drobiazgi, ale tam właśnie budują swoje sieci wsparcia. Kobiety też za wszelką cenę powinny organizować wspólne spotkania, choćby w kole gospodyń wiejskich. Z przyjemnością obserwuję zaangażowanie kobiet choćby na festynach. I może to nie jest z pozoru bardzo feministyczne, ale moim zdaniem ma wielkie znaczenie, bo może nie w tym pokoleniu, ale w następnym świadomość wspólnoty w takich kobietach będzie już bardzo silna. 

Teraz zresztą nawet kobietom żyjącym z dala od dużych ośrodków miejskich jest trochę łatwiej, bo są media społecznościowe. Już teraz nie trzeba być fizycznie w jakimś miejscu, ale można być wspólnie wirtualnie.

Najważniejsze więc jest to, żebyśmy po prostu były razem?

Musimy być razem. Dopiero gdy kobiety z różnych środowisk zaczynają się jednoczyć, to politycy zaczynają rozumieć, że mają przed sobą siłę, z którą muszą się liczyć. Podczas każdego Kongresu musimy się wspólnie zastanowić, co powinnyśmy zrobić i o co walczyć. Bo to musi być nasza wspólna decyzja. Poza tym kiedy nas kobiet jest tak dużo, kiedy są wśród nas biznesmenki, naukowczynie, gospodynie domowe, nauczycielki, artystki to żaden polityk nie może nam już powiedzieć: "bo wy feministki coś tam sobie wymyśliłyście". To nieprawda. My sobie nic nie wymyśliłyśmy. My, kobiety, do czegoś dążymy, coś chcemy osiągnąć i musimy być w tym konsekwentne.

Czy zauważyła Pani, że kobiety stają się coraz bardziej świadome swoich praw?

Szalenie zmienia się świadomość dotycząca równości. Niedawno pisałam artykuł na ten temat i przeglądałam badania CBOSu dotyczące świadomości dyskrymiancji. Ta największa zmiana nastąpiła pomiędzy polową lat 90-tych, a początkiem lat dwutysięcznych. To była skokowa zmiana w postrzeganiu kobiet. Wzrosło niesłychanie poparcie dla partnerstwa w rodzinie i to wśród kobiet i mężczyzn, wzrosła świadomość dyskrymiancji kobiet w pracy zawodowej, w zarobkach, w polityce. Kobiety potrzebowały zmiany i były gotowe na to, żeby zdarzyło się coś wielkiego. I właśnie z tych pragnień i dążeń powstał Kongres Kobiet.

O tym, że kobiety chcą mówić własnym głosem, świadczy chociażby marsz przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej. To było piękne wydarzenie. Kobiety przyszły protestować ze swoimi mężami, dziećmi. Były silne, bo były razem.

To prawda. To bardzo budujące. I obserwuję wielkie przebudzenie w tej sprawie. Pierwszy tekst, jaki opublikowałam na początku lat '90 na zachodzie nosił tytuł: "Czy zakaz aborcji spowoduje narodziny ruchu feministycznego?". Przez ostatnie lata w Polsce była to sprawa uważana za prywatny "problem" każdej kobiety. Teraz mamy do czynienia z atakiem na prawo wszystkich kobiet. W prawie do przerywania ciąży chodzi przecież nie tylko o samą aborcję, ale o prawo kobiet do samostanowienia o sobie i o własnym ciele. Nie tylko te kobiety, które uważają, że w trudnych sytuacjach powinno się korzystać z tego prawa, ale także wiele sposród tych, które nigdy nie przerwałyby ciąży, nawet gdyby zagrażała ich życiu lub życiu płodu, są przeciwne temu, żeby ktoś mówił im, co mają robić. To jest przecież najbardziej ryzykowna, pełna poświęcenia decyzja i kobiety nie chcą, żeby ktoś im ją odebrał. Jeśli decydują o kontynuowaniu ciąży, mimo wszelkich zagrożeń, to ma to być ich decyzja a nie wynikać z zakazu nałożonego przez państwo, bo to jest ich ciało i ich życie. 

Jak ocenia Pani zachowanie pani prezydentowej? Dziwi Panią jej milczenie?

To zachowanie jest dla mnie niezrozumiałe. Szczególnie niepokojące jest to, że to prezydent wypowiada się za nią. Gdyby to było jej oświadczenie, że przyjęła taką rolę i nie będzie się wypowiadała, to być może byłoby to bardziej zrozumiałe. Tymczasem ta milcząca obecność to typowa sytuacja wykluczenia, a wykluczenie żony prezydenta z życia społecznego i  politycznego jest zaskakujące i niebezpieczne.

Wiele teraz wokół nas niebezpiecznych zdarzeń. Czy ma Pani jakąś idolkę, jakąś postać, która dodaje pani otuchy, kiedy momentami czuje się pani zmęczona czy zniechęcona?

Dla mnie jest  to taka bohaterka zbiorowa. To są pokolenia kobiet, które mówiły: "nie ma przyzwolenia na dyskryminację".

Pamiętajmy, że kobiety zaczęły działać na rzecz kobiet na przełomie XIX i XX wieku. To bylo nieporównywalnie trudniejsze niż teraz. Były zabory, kobietom prawnie nie wolno było zakładać stowarzyszeń, musiały się spotykać pod pretekstem choćby imienin czy urodzin Marii Konopnickiej. Naprawdę cudów musiały dokonywać, żeby się zrzeszać i być razem. My mamy teraz dużo łatwiej. I dlatego czuję podziw, ale także swego rodzaju zobowiazanie wobec naszych prababek. Zawdzięczamy im przecież prawa wyborcze i piekną formułę "bez różnicy płci", która pojawiła się w prawie wyborczym w 1918 r. To sformułowanie bylo niezwykle nowoczesne, nie porównywało kobiet do mężczyzn, tylko znosiło od razu wcześniejsze wykluczenie kobiet. Aby do tego doszło, aby to mogło się zdarzyć, kobiety podporządkowały działalności feministycznej nie tylko swoje majątki, ale często całe swoje życie.

Co najważniejsze, to były bardzo różne kobiety. Niektóre z nich w działalność feministyczną angażowały swoich mężów. Nie było przecież przywolenia na tworzenie zgromadzeń. Trzeba było znaleźć mężczyznę, który chociaż teoretycznie pełnił funkcję przewodniczącego, tak, żeby one miały przestrzeń do działania. Przecież chociażby słynna książka Johna Stuarta Milla, która w Polsce wyszła pod tytułem "Poddaństwo kobiet" i która miała ogromny wpływ na udział kobiet w polityce, prawdopodobnie została napisana w dużej mierze przez żonę Milla. I te wszystkie kobiety są dla mnie inspiracją. I o nich także myślałam, kiedy tak bardzo zależało mi na tym, aby wprowadzić w życie ustawę kwotową. Ubiegałam się o to od lat '90. Wciąż jednak spotykałam się z wielkim oporem. W końcu pomyślałam sobie: "Trudno. Nie mam już siły. Widocznie jest to zadanie dla kolejnego pokolenia". Tymczasem dzięki Kongresowi to się udało i to jest nauka, że nie można się poddawać. Dzięki pierwszym feministkom mamy do czego się odwoływać. Bo jeśli one, mimo tak trudnych warunków, działały na rzecz kobiet, to jak my dziś możemy tego nie robić i narzekać, że nam ciężko?

rozmawiała Iza Bartosz – dziękujemy!

 

 

Profesor Małgorzata Fuszara – socjolożka, prawniczka, współtwórczyni gender Studies przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Profesora nauk humanistcznych. Od 2014 do 2015 r. sekretarz stanu w Kancelarii Premiera i pełnomocniczka rządu do spraw równego traktowania. Jedna z liderek Kongresu Kobiet.