Polski English Français
Kongres Kobiet
Kongres Kobiet

  

“Duchowość jako uwolnienie od śladów traumy, krzywdy, przebytych cierpień” - relacja z panelu

Dodano: 22 października 2015

Prowadzenie: Dagna Ślepowrońska – psycholożka, scenarzystka, reżyserka, pisarka. Udział: Ewa Woydyłło-Osiatyńska – dr psychologii, specjalistka uzależnień, autorka wielu książek i anglojęzycznych przekładów publikacji.

Panel cieszył się ogromnym powodzeniem. Wiele uczestniczek gotowych było na siedzenie na podłodze, gdy zabrakło krzeseł, byle na tym panelu być. I siedziały na podłodze nie narzekając, słuchając z wyraźnie widocznym skupieniem i zaangażowaniem.

Z kuluarowych rozmów autorki relacji wynika, że wiele uczestniczek to osoby, które same doznały przemocy bądź były jej świadkami w najbliższym otoczeniu – stąd nie mogło dziwić ogromne zainteresowanie tematem panelu.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska przedstawiła Dagnę Ślepowrońską jako psychoterapeutkę, i scenarzystkę piszącą dla teatru, pomagającą wyjść z traumy ofiarom przemocy dzięki “teatrowi obrzędowemu”.  

Sposób terapii dla ofiar traumy i przemocy Dagny Ślepowrońskiej polegać ma na przebudowie świata wewnętrznego, ale też zewnętrznego – czyli “daniu światu sygnału: “Już jestem w innej roli, buduję inną tożsamość”.

”Obrzędy przejścia” służą wzmocnieniu zmian. – Do nich należą takie obrzędy, jak np. obrzędy inicjacyjne, zaślubiny, uroczystości związane ze śmiercią. I chodzi o to, żeby spektakl był takim obrzędem, który wzmocni zmiany – tłumaczyła Dagna Ślepowrońska. Oceniła też: – Klasyczna terapia, to jest taki niedokończony obrzęd przejścia.

W czasie terapii istnieją, zdaniem psychoterapeutki, “wszystkie cechy obrzędu przejścia” : – M.in. to, że chcemy dokonać zmian, wyjść z ról, które nie mają znaczenia w grupie terapeutycznej – kto jest profesorem a kto jest ślusarzem. W terapii indywidualnej też odrzucamy stare role i kreujemy zmiany. – Niestety, potem – jak powiedziała panelistka – wracamy do społeczności i jej stereotypów. Dlatego np. osoby, które doświadczają przemocy, bardzo trudno wychodzą z tej sytuacji – oceniła – bo całe otoczenie działa na rzecz powrócenia do starej roli.

Jako przykład podała przypadek autystycznego chłopca, który, po długim czasie, wreszcie się do niej odezwał: – Wydawałoby się, że jego rodzice powinni kopać się piętami w pupę, a mnie wychwalać pod niebiosa. Nic takiego. Najładniejsze słowa, jakie mówił o mnie jego ojciec, to było “ta krowa”, a najbrzydszych nie powtórzę, bo nie chcę się tutaj przed paniami deprecjonować.

Jak stwierdziła pani psycholog, działo się tak nie z powodu tego, iż miała do czynienia ze złymi ludźmi, ale z powodu dążenia każdego systemu do równowagi. Zatem potrzebne jest wydarzenie, które “wzmocni stworzenie się nowej równowagi”. – Więc – jak tłumaczyła – obrzęd polega na tym, że jest przygotowanie i później jest taki akt, który tę nową równowagę stabilizuje – jest silnym sygnałem: “To już jest coś innego”,

W obrzędach, jak wyjaśniała dalej Dagna Ślepowrońska, istnieje pewna struktura: faza wyłączenia, faza progu i faza włączenia. W spektaklach scenarzystki i reżyserki powtarzany był ten proces: – Faza wyłączenia polegała na tym, że panie nigdy nie grały siebie, że cała historia była w metaforycznej postaci, w pierwszym obrzędzie metaforycznie pokazywano, jak zakładano paniom maski ofiar, a potem trud polegał na tym, że one naprawdę musiały włożyć dużo wysiłku. Mówiły zaklęcia z przeszłości, pozwalające te maski – na oczach publiczności – realnie zdjąć. – I chodziło o to, by tę maskę naprawdę zdjąć. I zdejmowały – powiedziała Dagna Ślepowrońska. – A potem już mówiły własnym głosem, odwołując się do własnych zasobów.

Czym są “zasoby” ? – Dobre rzeczy, ale też niedobre, które dają nam siłę, by coś zbudować – wyjaśniła psychoterapeutka. Wyznała  też, że zawsze, gdy przychodzą do niej pacjenci jako do terapeutki, skarżą się na to, czego nie chcą, nigdy nie mówiąc o tym, czego chcą.

Jak uznała, ważne jest, by nie tylko zobaczyć, czego chcemy, ale też zauważyć, co posiadamy, by zbudować nowe.

Zauważenie tego, co się posiada, bywa bardzo trudne. Panelistka przytoczyła przykład kobiet, które uważają, że w swych prywatnych zasobach nie mają nic. Tymczasem, w miarę rozwoju sytuacji, okazywało się, iż w jednej z grup była pani, która wygrała regaty, inna wygrywała maratony, a jeszcze inna była nauczycielką jogi.

– Słuchajcie, wyślijcie mnie na maraton, to choć jeszcze biegam jak cię mogę, to nie dam sobie rady, na regaty też się nie nadaję. One mówiły, że nic dobrego nie mają. Więc chodzi o to, by dokonał się ten obrzęd zmiany, ale w odwołaniu do tego, co naprawdę mamy – uznała Dagna Ślepowrońska, proponując udział we wstępnym ćwiczeniu, pracy jaką proponuje ona kobietom wymagającym pomocy terapeutycznej.

Pomijając tzw. część ujawniania, pani psycholog zaprosiła do “intymnego doświadczenia” – narysowania swej własnej drogi życia, od momentu poznania się rodziców do dziś. Zachęciła do rysowania tej drogi ze zwróceniem uwagi na wszystkie jej meandry.

– Ważne jest to – wyjaśniała – żebyście, wędrując, rysując tę drogę życia, czasem może strzelistą i prostą, a czasem taką, na której będzie dużo zakrętów, zaznaczały te punkty, na których będzie coś bardzo cennego – taką perłę.

Dagna Ślepowrońska przytoczyła też przykład kobiety, która mówiła, że naprawdę nie ma nic, bo miała chorą psychicznie mamę, babcię, która powiedziała jej: “Niepotrzebnie się urodziłaś”, ojca nie znała... I zadziwiające było to, że ta osoba potrafiła kochać, była ciepłą osobą, pomimo... A na pytanie o to swoje ciepło, kobieta odpowiedziała: – A no bo ja byłam wnuczką całego klubu seniora.

To tam uczono ją grać w szachy, odrabiano z nią lekcje – zdaniem pani psycholog, to była ta perła w jej życiu. Inną perłą był kot, który, w sytuacji bardzo dramatycznej przyszedł łasić się do jej nóg…

Uczestniczki panelu rysowały swoje drogi mocno skupione. Jedna z nich cichutko szepnęła:

– Narysuję spiralę, ale musi być jednak trochę przestrzeni.

Inna kobieta, pani Basia,  wyznała, że już zaczęła zwiedzać... wulkany świata – to jej perły.

“Kongreswomenka” Małgosia, sądziła, że “prace trzeba oddać”.

– Nie – powiedziała prowadząca panel. – Należy położyć na podłodze i popatrzeć bez świadomości tego, czyja to praca, by zaobserwować bezmiar różnych dróg.

Niektóre z tych prac okazały się być jak kardiogram, fale, schody, zygzaki…

Krystyna – ubrana gustownie w granatową tunikę w kwiaty pani, uśmiechnięta i wyraźnie przyjazna ludziom uczestniczka Kongresu, oglądając “drogi życia” stwierdziła jednak:

– Mamy przechodzić koło nich (dróg życia – przyp. Autorki) tak, jak przechodzimy całe życie jedno obok drugiego – westchnęła smutnie.

Dagna Ślepowrońska, poprosiła następnie, by uczestniczki panelu wybrały ze swych rysunków – dróg życia jakiś punkt, z którego można wziąć coś cennego. Po jego znalezieniu panie miały zamknąć oczy i przypomnieć sobie, co to był za punkt – uświadomić sobie jego zapachy, smaki, odgłosy. Chodziło o to, by wziąć coś cennego z tej dobrej chwili, uświadomić sobie, co w tym momencie czuje się w ciele, co dzieje się z oddechem. A kiedy się poczuje, zrozumie swój przyjazny, dobry punkt, należało wyciągnąć rękę “po swoją perłę”.

Pani psycholog zachęciła do tego, by perły, malutkie koraliki, które zaczęła rozdawać uczestniczkom, już konkretnie i namacalnie jako symbol dobrych bądź mniej dobrych, ale ważnych momentów życia, stały się “przypomnieniem i refleksją”. Zachęciła też do pytań, rozmowy...

Młoda uczestniczka panelu,  kobieta w dżinsach pytała o to, ile czasu trwa i jak wygląda pełna terapia dla osób po przejściu bolesnej traumy:

– Terapia, którą proponujemy trwa dziewięć miesięcy i na koniec jest spektakl – obrzęd – wyjaśniła Dagna Ślepowrońska. – W ciągu dziewięciu miesięcy tych pereł znajdujemy znacznie więcej – sznury pereł. Czasem okazuje się, że osoby, które mówiły na początku, że nic nie mają, potem znajdywały całe długie sznury. A uwagę ogniskujemy na tym, co ta osoba ma, a nie na tym, czego nie ma.

Pani psycholog porównała to do budowy domu, w czasie której powinno się skupiać raczej na tym, co się ma, by budowę przeprowadzić, a nie na tym, że nie ma się domu.

– Nawet jeżeli mamy tylko dobre chęci, to też warto to wiedzieć – zapewniła.

Jak powiedziała, w czasie prowadzenia terapii w Centrum Praw Kobiet spotkania odbywały się raz w tygodniu i trwały 3 godziny.

Odpowiadając na pytanie, jak nazywa się rodzaj prowadzonej terapii, określiła ją jako metodę teatru obrzędowego. Skutkuje ona w terapii kobiet, które doznały przemocy, ale też ogólnie w czasie obrzędów terapii rodzinnej. Opowiedziała o pozytywnych skutkach, które udaje się np. uzyskać w zdrowieniu chłopców z ADHD, “odzyskujących drogę do ojca.”

Podała przykład chłopca, który “nie mógł nic, gdy miał 9 lat – mama mu w łóżku skarpety zakładała.” W czasie długiej pracy z rodziną został jej zaproponowany rodzaj obrzędu, kiedy to o północy ojciec chłopca rozpalił w ogrodzie ognisko, obudził syna, poddał go różnym próbom, a na koniec chłopiec musiał powiedzieć: “Już nie jestem dzieciakiem, ale dużym chłopakiem.” Natomiast mama stała z pochodnią, którą następnie przekazała mężowi, a ten powiedział synowi, iż przekaże mu ją za dziewięć lat.

Jak wyjaśniła pani psycholog, obrzędy zazwyczaj oparte są na micie jakiejś kultury. – Słowa “mit” nie rozumiem przy tym jako stwierdzenia, że coś jest “nieprawdziwe”, tylko jako pewien system wierzeń, które porządkują wiedzę i poznanie na temat świata.

Ale w przypadku obrzędów, jak opisany powyżej, istotne jest wspieranie się na “micie osobistym” czyli na rodzinnych czy osobistych historiach, doświadczeniach.

O skuteczności metody, jak przekonywała Dagna Ślepowrońska, świadczą badania wykonane przez nią z kobietami będącymi tuż po obrzędzie i pięć lat po nim. Wśród różnych odpowiedzi była też odpowiedź na to, co “najważniejszego stało się, dzięki temu doświadczeniu”: – Odzyskałam godność i szacunek do siebie – uznała jedna z ankietowanych.

Na kolejne pytanie z sali, które dotyczyło duchowości, pani psycholog odpowiedziała, że akurat w tym wypadku – terapii, o jakiej mowa, można duchowość rozumieć jako działania symboliczne, kształtujące rzeczywistość:

– Przez działania symboliczne zmieniamy rzeczywistość wewnętrzną, ale też uruchamiamy siły zewnętrzne – doprecyzowała i podała przykład wpływania na rzeczywistość i wyjazdu jednej z grup kobiet ze swym spektaklem do Parlamentu Europejskiego.

Wspomniała też o tym, iż publiczność często nie zna prawdy na temat tego, co się dzieje, bo nie wie nic o historiach osobistych występujących kobiet, aktorki nie są do zidentyfikowania.

A pewne historie są wręcz zabawne. Jedna z nich dotyczy kobiety, która przychodzi na stypę po sobie i mówi: – Nawet stypy po mnie beze mnie nie potraficie zorganizować.

Mimo braku wiedzy na temat występujących kobiet – jak mówiła Dagna Ślepowrońska – “publiczność często jednak przez swoje reakcje coś dopełnia”. Opowiedziała też o jednym ze spektakli, w którym grała kobieta “niezwykle  nieprzytulna, co strasznie wpływało na jej relacje rodzinne, nie tylko z mężem, ale też z dziećmi itd.“ Mimo długiej pracy z panią psycholog, wciąż o sobie miała opinię, że była “obrzydliwym dzieckiem, nic z tego nie wyszło i teraz też jest okropna”. W spektaklu miała rolę związaną z traumą innej kobiety, której mama miała chorobę degeneracyjną mózgu I – w czasie sceny z Wolandem i wyświetlaniem myśli w teatrze lalkowym – pojawiało się clou opowiadania o tej, konkretnej traumie: – Moja matka, zamiast normalnie się zestarzeć, zaczęła wracać do dzieciństwa.

Gdy matka w swym powrocie do dzieciństwa całkiem znika, pojawia się na scenie ojciec – lalka. Wychodzi do córki i mówi: – Chodź, mała, teraz ty będziesz moją żoną! – Na co grająca rolę córki, wspomniana “nieprzytulna” odmawia. Przykładem “dopełniania” przez publiczność – jak mówiła Dagna Ślepowrońska – było wówczas poderwanie się z krzesła widzki – kobiety, która wpadła wtedy na scenę i przytuliła “nieprzytulną”, a ta na to pozwoliła, mówiąc: – Dziękuję, że przyjęłaś to dziecko.

Pani psycholog wyjawiła też: – Kobieta, o której mówię, przysyła mi życzenia na... SWOJE urodziny.

Podała też przykład osoby, która “zdjęła maskę” – jedna z tych kobiet przedstawiła się prezydentowej Marii Kaczyńskiej: – Dzień dobry, jestem ofiarą przemocy.

Jako przykład “głęboko duchowego rytuału” Dagna Ślepowrońska podała obrządek codziennego okadzania się szałwią i okazywania sobie szacunku przez jedno z plemion indiańskich.

– Dusza jest uleczona, jeśli się ktoś czuje godny. Godność jest ostatnią rzeczą z której człowiek rezygnuje, Z tym że, jeżeli nie ma innych sposobów, to opiera swoje poczucie godności na tym, ile jest w stanie znieść – podsumowała.

Ewa Woydyłło - Osiatyńska przekazała też parę swoich refleksji na temat duchowości rozumianej jako “pewna, wewnętrzna harmonia, głębia”. Zapytała, czy, gdy człowiek cierpi, to w ogóle może mówić o duchowym spokoju. Uznała terapię obrzędową za pewien rodzaj terapii, “który wciąga, przypomina poniekąd mało znany cywilizacji zachodniej sposób wydobywania się z traumy”: – Czarownicy w Afryce i Ameryce Południowej, w dżunglach poruszają między ludźmi takie przepływy, które powodują, że oswaja się cierpienie, akceptuje się je, a poprzez akceptację doznanego bólu, zaczyna się jakby patrzeć na ten ból z dystansem. Trauma w doświadczeniu danej osoby pozostaje, ale istotna jest możliwość zdobycia się na to, o czym powiedziała Dagna – ważne jest powiedzenie sobie: “Ja już nie jestem ofiarą. Byłam nią, ale odzyskałam moc.” Poprzez obrzęd szukania pereł w swoim życiu nawet najbardziej skrzywdzona osoba przestaje w cierpieć – oceniła.

Podkreśliła też, że trauma, to “zapamiętanie i zatrzymanie w ciele, umyśle, duszy poczucia, że zaraz się coś strasznego stanie, a obrzęd umożliwia powiedzenie sobie, iż, rzeczywiście, coś się kiedyś stało, ale teraz ma się moc.

 Podsumowanie? Parę lat temu byłam w Domu Kultury “Działdowska” w Warszawie. Wiem o czym mówiły w trakcie panelu Dagna Ślepowrońska i Ewa Woydyłło, ponieważ oglądałam spektakl “Anuszka znów rozlała olej. Magiczne variétés” kobiecej grupy teatralnej przy Centrum Praw Kobiet – scenariusz Dagna Ślepowrońska, reżyseria Dagna Ślepowrońska i Maria Depta. To o tym przedstawieniu wspominała panelistka w czasie spotkania z kobietami na VII Kongresie. Sala Domu Kultury w czasie rzeczonego spektaklu była pełna.

I, w istocie, w jego trakcie publiczność “dopełniała treść”. Dopowiadała swoje cicho, grzecznie, ale było słychać – nie tylko panią siedząca obok mnie. Także starszy pan przede mną w paru momentach spektaklu powtarzał cichutko, zwracając się do aktorek: – Tak. Zrób tak. Znam to. Zrób tak. – W pewnej chwili odwrócił się do mnie i retorycznie zapytał: - Nie ona jedna tak ma, co nie?

Tak.

Nie ona jedna.

Aleksandra Aida Zawisza